A na deser po tymiankowych żołądkach z warzywami proponuję zapiekankę z czerstwych bułek i jabłek. Przepis, genialny w swojej prostocie, wypatrzyła na Interii moja koleżanka - dzięki Stella :) Wprawdzie nie jest niskokaloryczny, ale smaczniutki. Ilość jaką wykonałam wystarczyła na cztery porcje, ale podałam ją pół godziny po sytym posiłku, więc nie mieliśmy za wiele miejsca na jej "zapakowanie" J
Deser do powtórzenia, tym bardziej, ze rodzina dość często zostawia mnie z większą ilością czerstwego pieczywa, a to smaczny pomysł na jego zagospodarowanie. Na drugi raz nie posypię jednak wierzchu bułką tartą, bo okazało się to zupełnie niepotrzebne.
Zmotywowana między innymi przez Pana Doktora, który troskliwym tonem poradził mi "mogłaby się pani odmłodzić kilka kilogramów, zawsze to kręgosłup odciążony i kolanom lżej" (a jego spojrzenie przy tym było złośliwo-ironiczne... a może mi się tylko wydawało...), postanowiłam zastanowić się nad problemem nadwagi - może to dobra metoda aby zaoszczędzić na lekach?
Dziś zostałam nominowana do Liebster Blog Award. Nagroda ta jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za dobrą pracę. Nagroda ta jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów w celu ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Nawet przy niedoborze wolnego czasu i środków, można wyczarować pyszną przekąskę, która zaspokoi naszą potrzebę na coś bliżej nieokreślonego. Lubię robić te grzanki, bo są naprawdę szybkie, smaczne i syte, a ponadto pozwalają zagospodarować nadmiar czerstwych bułek. Gorąco polecam :)
Składniki:
2 czerstwe,
ale jeszcze dające się kroić kajzerki 0,5 szklanki
mleka 2 jajka
(rozmiar L) kilka łyżek
masła sklarowanego do smażenia ulubiona
konfitura lub dżem
Wykonanie:
W płaskim naczyniu
bardzo dokładnie roztrzepałam jajka z mlekiem. Kajzerki pokroiłam w poprzek w
kromeczki grubości ok. 1-1,5 cm, namaczałam je na kilka chwil w roztrzepanych
jajkach, aby obie strony wciągnęły trochę płynu. Kładłam na rozgrzane masło i
smażyłam z obu stron na rumiano. Zdjęłam z patelni i osączyłam z nadmiaru
tłuszczu na papierowym ręczniku. Grzanki można podawać posmarowane konfiturą,
dżemem lub tylko posypane cukrem pudrem i cynamonem.
Teraz już
wiem czemu nie spotkałam w sprzedaży kiełków buraczka. Albo źle trafiłam, albo
nasiona buraczka mają po prostu zwyczaj kiepskiego kiełkowania, przez co nie są
zbyt ekonomiczne. Wyglądają prawie jak przeżute przez dżdżownicę grudki ziemi różnej
wielkości, a kiełki z nich wydostają się dość wolno. Mój eksperyment
z ich pędzeniem nie zakończył się wprawdzie spektakularnym sukcesem, ale po
przeszło tygodniu płukania słoika, w którym umieściłam ziarenka, uzyskałam
pudełeczko świeżutkich, pięknych kolorystycznie i pachnących botwinką kiełków. Część z nich
zużyłam do posypania smażonej tilapii, nad przeznaczeniem reszty cały czas się
zastanawiam.
Kiełki buraczka bezpośrednio po wyjęciu ze słoika
Najprostsza metoda na własną, choć niewielką hodowlę, bez nakładów na specjalną kiełkownicę:
Kupić nasiona przeznaczone na kiełki. Inne, przeznaczone do siewu mogą być zaprawiane substancjami grzybobójczymi.
Słoik o pojemności około 1 litra dobrze wymyć i wyparzyć wrzącą wodą. Najlepiej sprawdzi się słoik typu wek, ponieważ ma większe dno niż twist.
Nasiona dobrze wypłukać, umieścić w słoiku i zalać przegotowaną letnią (nie ciepłą!) wodą i pozostawić na kilka godzin. Czas jest uzależniony od wielkości nasion.
Po kilku godzinach wodę zlać, wierzch słoika przykryć gazą, przymocować ją np. recepturką i odstawić w jasne, ale nie nasłonecznione miejsce. Ja trzymałam na szafce kuchennej.
Każdego dnia delikatnie przepłukiwać nasiona czystą wodą - tzn. nalać po ściance słoika i odcedzić, czynność powtórzyć 2-3 razy. Płukanie należy wykonywać codziennie dwu-, trzykrotnie. Ja z braku czasu robiłam to tylko 2 razy - rano i wieczorem. Na początku używałam surowej wody filtrowanej, później takiej prosto z kranu, ale nie bardzo zimnej.
Kiedy kiełki osiągną odpowiednią wielość, tzn, wytworzą się dwa pierwsze listki (botaniki uczyłam się już bardzo dawno temu i nie jestem pewna, ale chyba nazywają się one liścieniami), przełożyć kiełki do plastikowego pudełeczka i włożyć do lodówki, aby przedłużyć ich okres przydatności do spożycia. Jeśli na listkach zostały jakieś uparte łuski z nasion, dobrze jest je wtedy zdjąć.
Reasumując - własnoręczne wyhodowanie kiełków sprawia ogromną satysfakcję, ale jest kosztowniejsze niż kupienie już gotowych w sklepie.
Ale, ponieważ zaopatrzyłam się w większą ilość opakowań nasion, następne w kolejce będą chyba kiełki czerwonej kapusty :)
Szybki do wykonania, smaczny twarożek z dodatkiem szczypioru, ogórka i papryki. Doskonały na leniwe niedzielne śniadanko :)
Składniki: 25 dag
półtłustego twarogu jogurt
naturalny z wapniem dla nadania odpowiedniej konsystencji 2 łyżki
posiekanego cienkiego szczypioru 10-cio
centymetrowy kawałek świeżego ogórka 1/4 żółtej
papryki sól pieprz
Wykonanie: Ogórka
umyłam, obrałam i pokroiłam w kosteczkę. Z umytej papryki odkroiłam około 1/4,
usunęłam pestki i białe włókna i również pokroiłam w kosteczkę. Szczypior
opłukałam, osuszyłam, drobno posiekałam. W miseczce rozgniotłam widelcem twaróg
i wymieszałam z jogurtem i pokrojonymi warzywami. Doprawiłam do smaku solą i
pieprzem.
Wymyśliłam sobie, że swój urodzinowy tort ozdobię własnoręcznie wykonanymi różyczkami. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że od od lepienia ozdóbek z gliny minęło już prawie trzydzieści lat i łapki zrobiły się trochę niemrawe. O wiele prościej byłoby odwiedzić pierwszy lepszy market i kupić gotowe ozdoby, ale nie w moim przypadku. Trochę to lepienie trwało, ale koniec końców, mój ośli upór zaowocował w pełni zjadliwymi różyczkami z plastycznej czekolady. Bardzo się przy ich lepieniu ubawiłam, zajęcie polecam mamom, bo to fajna i smaczna zabawa dla dzieciaczków J
Ozdoby z czekolady plastycznej
Składniki: 100 g
gorzkiej czekolady 3/4 łyżki
płynnego miodu lipowego
Wykonanie: Na blacie
rozłożyłam papierowy ręcznik kuchenny, a na nim ułożyłam jeden na drugim dwa
arkusze papieru śniadaniowego. Można użyć również innego, wchłaniającego w
siebie tłuszcz, np. papieru do drukarki. Do rondelka
nalałam trochę wody i zagotowałam ją, zmniejszyłam płomień do minimum. Do rondelka
dopasowałam miseczkę – jej dno nie powinno dotykać do wody. Do miseczki
włożyłam połamaną na cząstki czekoladę i mieszałam ją aż się całkowicie stopiła
i lekko zagrzała. Do czekolady wlałam miód i energicznie wymieszałam. Szybko,
bo czekolada momentalnie gęstnieje, wylałam masę na przygotowany papier i
rozsmarowałam ją. Pozostawiłam
w spokoju na jakieś trzy godzinki. Kiedy całkiem zastygła, zdjęłam z papieru i
zagniotłam, aż stała się elastyczna. Do tej czynności założyłam rękawiczkę, bo
nie chciałam, żeby czekolada za bardzo rozpuszczała się od ciepła dłoni. Masę
rozwałkowałam na blacie i metodą prób i błędów ulepiłam z niej różyczki i
listki. Z kawałeczka
czekolady ukształtowałam małą łezkę i nabiłam ją na wykałaczkę, którą wbiłam w
jabłko. Na początku jako wykrojnika do płatków użyłam nakrętki od wody
mineralnej, którą wykrawałam kółeczka i lekko je rozgniatałam palcami z jednej
strony. Płatki przyklejałam dookoła kropelki na kształt kwiatka. Oczywiście nie
można przygotować od razu wszystkich płatków, bo czekolada twardnieje i trzeba
ją od nowa wyrabiać. Należy przygotowywać płatki pojedynczo i kolejno doklejać.
Później po prostu odrywałam w miarę równe kawałki masy i kształtowałam płatki. Kiedy
różyczka była gotowa, odcięłam od spodu nadmiar czekolady i ponownie nabiłam ją
na wykałaczkę, pozostawiając do całkowitego stwardnienia. Listki – z
masy odrywałam kawałki, wyrabiałam, żeby zmiękły, kształtowałam różnej
wielkości łezki i równomiernie je rozgniatałam. Nożem porobiłam nacięcia
imitujące nerwy, a na koniec listki lekko powyginałam, żeby wyglądały bardziej
naturalnie.
W ostatni czwartek miałam przyjemność, na portalu gotujmy.pl, być gościem artykułu z cyklu "bloger tygodnia". Serdecznie zapraszam do przeczytania przeprowadzonego ze mną wywiadu.
Z tej okazji chcę moich gości poczęstować rubinowym torcikiem z winogronami, smacznego J
SKŁADNIKI NA TORTOWNICĘ O ŚREDNICY 18 CM: 8 dag herbatników Petit Beure 6 dag masła 25 dag serka mascarpone czubata łyżka cukru pudru 10 dag śmietanki kremówki 30% 1 łyżeczka żelatyny + maksymalnie 2 łyżki wrzątku 20 dag ciemnych winogron 1 galaretka Rubinowa
Wykonanie: Dno tortownicy wyłożyłam papierem do pieczenia. Herbatniki rozkruszyłam. Masło roztopiłam, przelałam do herbatników i wymieszałam łyżką. Kruszonkę wsypałam na dno tortownicy i dobrze ugniotłam palcami, odstawiłam do lodówki. Serek mascarpone roztarłam z cukrem pudrem. Żelatynę rozpuściłam w jak najmniejszej ilości wrzątku. Dobrze schłodzoną kremówkę ubiłam na sztywno, pod koniec, nie przerywając miksowania wlałam jeszcze lekko letnią żelatynę. Ubitą śmietanę połączyłam z mascarpone. Masę przełożyłam do tortownicy i wyrównałam powierzchnię. Tortownicę odstawiłam do lodówki. Galaretkę Rubinową rozpuściłam w 1 szklance wrzątku, odstawiłam do schłodzenia. Winogrona opłukałam, dokładnie osuszyłam, każdy owoc przekroiłam wzdłuż na pół i czubkiem noża usunęłam pestki. Połówki rozłożyłam koliście na powierzchni serka. Na wierzch wylałam schłodzoną, tężejącą galaretkę. Odstawiłam do lodówki. Po całkowitym stężeniu okroiłam torcik dookoła ostrym nożem i wyjęłam z tortownicy.
Kochani, składam Wam najserdeczniejsze życzenia radosnych i spokojnych Świąt Wielkiej Nocy, smacznego jajka, mokrego dyngusa, wielkanocnych pyszności w rodzinnym gronie. Wiosny w sercu i pogody ducha :)
Składniki: 20 dag
pestek dyni łyżka oleju łyżeczka
czerwonej papryki szczypta
pieprzu cayenne - dla zwolenników ostrości można zwiększyć ilość sól do smaku
Wykonanie:
Pestki dyni
rozsypałam równą warstwą na suchej blaszce do pieczenia. Piekłam 15-20 minut w
temperaturze 180 stopni (trzeba pilnować, żeby nie spalić).
Po wyjęciu z
piekarnika zsypałam do miseczki, od razu polałam olejem, posypałam przyprawami i dokładnie wymieszałam.
Można jeść zarówno na ciepło, jak i na zimno.
Na początek chciałam się przywitać i przedstawić mojego kuchennego pomocnika. W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia skończył 5 miesięcy i ma na imię Messi. Czujnie doglądał wszystkich przedświątecznych przygotowań, a chwilami nawet aktywnie w nich uczestniczył :)
Święta nadal trwają, więc jeszcze nie jest za późno, żeby wszystkim moim gościom złożyć najserdeczniejsze życzenia :)